Jeśli nie jesteście nowi w internetach, to wiedzieliście, że ten wpis musiałem kiedyś popełnić. Niestety ;-)
Znacie również odpowiedź na pytanie - "DLACZEGO?", o inspirowanej inspiracji inspiracją. Albo jakoś tak, w każdym razie palce maczał w tym Yossarian. Tak - dzisiaj będzie o kupnie samochodów, ale z mojej - demonicznej perspektywy. Więc jeśli masz nadciśnienie, grozi Ci wylew, szwankuje Ci serce, albo masz inne problemy ze zdrowiem które uwrażliwiają Cię na emocje - nie czytaj tego!
Jeśli mimo wszystko będziesz kontynuować - wiedz, że wkraczasz w strefę, gdzie:
Rozprawię się dziś z tytułowym tematem, ale najpierw "podkład", tym razem bez komentarza z mojej strony, z Waszej są jak najbardziej oczekiwane:
Yossarian w swoim tekście posłużył się kwotą 60 tysięcy złotych, która dla mnie jest kwotą absolutnie nieakceptowaną jako ceną za zwykłą osobówkę. Rozumiem - samochód terenowy, nawet SUV, dostawczak, jakiś samochód specjalny w stylu Multicara/UX100. A jeśli samochód osobowy to albo prestiżowa (przepraszam za brzydkie słowo - użyłem go tutaj w pierwotnym znaczeniu!) 'fura', sportowy ścigacz, ewentualnie warty tego jeżdżący zabytek - NIE MALUCH! Pomijając oczywiście kwestię, że sama kwota jest dla mnie aktualnie po prostu astronomiczna.
Jedziemy. Samochody nowe. Zakładam, że nie mam limitu cenowego, nie ma barier przy sprowadzaniu żelaza z zagranicy...
1. Pierdzidełko na miasto: (koniecznie w automacie)
- Suzuki Splash, może któryś z microcarów. Czyli krótko, wąsko, wysoko i ultrapraktycznie, bez marnotrawienia przestrzeni. I NIEZAWODNIE.
- Brazylijski Fiat Uno. Kto nie widział niech zobaczy!
- Suzuki Jimny - trzeba tylko skrzynię rozdzielczą zmienić na taką, która będzie miała międzyosiowy mechanizm różnicowy, może być rozłączany. I przyzwyczaić się, że bagażnik nie istnieje. Wspominałem coś o niezawodności? A skoro Jimny, to łagodnie przechodzimy do punktu 2.
2. Do wszystkiego, czyli 4x4:
- Land Rover Defender. Ostatnia szansa na zakup nowego, bo za chwilę Hindusi kończą produkcję. Spowoduje to pewnie strajk generalny w Wielkiej Brytanii, ale sprawa podobno przesądzona. Kupiłbym bez względu na głupi silnik z Forda, skomputeryzowanie, zawodną skrzynię biegów i rozdzielczą. O tym samochodzie marzę od dziecka, więc to wszystko zostaje mu z automatu wybaczone!
- Toyota HZJ7 - prawdziwy klasyk, znany na całym świecie. Pod pewnymi względami (słabe blachy, rozłączany napęd, elektryczna antena radiowa) gorszy od Defendera, ale niezawodność i świetny wygląd rekompensują to. Przy okazji - ktoś kojarzy cytat: "to AK-47, ulubiona broń naszego wroga!"?
- Agrale AM150. Tak, lubię proste pojazdy. A jak można nim VAT odliczać na bezdrożach!
- Poza wszelką klasyfikacją jest jeszcze MB W463, ale...nie, chyba nie...nawet pomijając fakt, że zaraz po odbiorze z salonu pewnie radzieccy ludzie by "się nim zaopiekowali" ;-) Takie skrajne, mieszane uczucia.
3. "Dupowóz" na trasę:
- MASTER!!! Najdoskonalszy byłby z wnętrzem zaaranżowanym w taki sposób, jak ostatni Trafic Evolution, czyli obrotowe fotele przednie, rozkładany stoliczek, lodówka, rozkładana do leżanki tylna kanapa, zasłonki na okna. Żal z czegoś takiego wysiadać nawet na tankowanie!
- Toyota Hiace - nadwozie wagonowe (cab-over-engine) to niewątpliwie jeden z najlepszych wynalazków motoryzacyjnych. W połączeniu z prostotą konstrukcji, niezawodnością i wnętrzem, które wygląda tak, jakby inżynierowie Toyoty popatrzyli na VW T5 i stwierdzili, że potrafią zrobić to samo, ale o wiele, wiele lepiej, całość stanowi niemal samochód doskonały.
- "Amerykańce" - Chevrolet Express/GMC Savana (najchętniej 1500 4x4), Chevrolet Tahoe i Suburban, czyli dowód na to, że GM potrafi jeszcze robić sensowne samochody. Co prawda w dwóch ostatnich jest go coraz mniej, ale i tak bym jeździł. Byle nie czarnymi! Był oczywiście jeszcze niedawno Ford Excursion, ale go nie ma.
4. Szybko, szybko!
- Toyota GT86 - o tym samochodzie już tyle wszyscy napisali, że ja już chyba nic nie wymyślę. I byłby to mój wybór #1 jeśli chodzi o samochody stricte sportowe, mimo iż uwielbiam dźwięk silników Ferrari (także jako Maserati).
- Dodge Challenger - niby podobny do powyższego a jednak zupełnie inny. Prawdziwe amerykańskie mięsko. Ale Fiat...
-Ariel Atom - jeśli gokart to za mało, to może Atom? Lekka konstrukcja (bo nie nadwozie), brak nadwozia, mocny silnik i...street legal. Oczywiście gdyby mnie było stać, nie martwiłbym sie o to, że w Polsce nie ma gdzie takim czymś jeździć :-)
5. Jeden, jedyny z powyższych + kasa na pakiet "kustom"?
DEFENDER 110SW
Podejrzewam, że jakbym miał kupować nówkę pewnie najpierw wybrałbym się do salonu Dacii i stamtąd wyjechał nowym samochodem. Poważnie. A skoro przy powadze jesteśmy - naprawdę są ludzie marzący o nowym BMW albo Audi? Avensisie Hybrid? Passaciku w tediku i w kombiku?
Trochę suchar wyszedł, ale chyba wiecie co chciałem powiedzieć. Wiecie, prawda? ;-)
Czas teraz na część drugą, czyli rzecz o samochodach używanych.
Wróćmy do pieniędzy - jeśli nie 60 tysięcy to ile? Bo to jeden z dwóch podstawowych problemów przy wirtualnym spełnianiu samochodowych marzeń. Drugim w moim i Wybranki przypadku jest to, że od jakiegoś czasu nasz samochód marzeń ujeżdżamy. Może nie jest idealny i jest parę rzeczy w nim do zrobienia - głównie przez to, że więcej stał niż jeździł, ale na dzień dzisiejszy już nie szukamy innego. I to wszystko za 4 tysiące złotych. Morzna? MORZNA!
No dobrze, to ile? Ponieważ zakładam, że pojazd będzie przeznaczony na używanie codzienne i będzie jedyny w domu, przyjąłem jako założenie w miarę realną kwotę 10 tysięcy. Co prawda pod koniec wyliczanki trochę się od tej kwoty się odsunę, w sumie odlecę...
1. Pierdzidełko na miasto:
- Citroen 2CV - nie powinien nikogo dziwić, bardziej ode mnie klasyczne Cytryny uwielbia chyba tylko Leniwiec/Basista, przy czym 2CV jest ultra wyjątkową i sympatyczną konstrukcją. W niej nawet wielogodzinne stanie w korku to przyjemność.
- Japońszczyzna prosto z Węgier, czyli: Suzuki Wagon R+/Opel Agila, koniecznie 4x4 oraz "terenowa" wariacja na ten sam temat, czyli Suzuki Ignis/Subaru Justy. Koń jaki jest, każdy widzi. I mało mnie obchodzi, że dla większości mieszkańców Kraju Nadwislańskiego widok tych konstrukcji wywołuje najczęściej uśmiech politowania. Autentycznie nie sądzę, że jeszcze kiedykolwiek motoryzacja wygeneruje konstrukcję tak udanie łączącą autentyczny fun i praktyczność.
2. Do wszystkiego, czyli 4x4:
- Suzuki Samurai - tak jak w przypadku samochodów nowych - Jimny łapie się tak na punkt 1 jak i 2. Bo zwinny w mieście i nie do zatrzymania w terenie. Prawdziwym terenie. Koniecznie z blaszanym dachem, najlepiej podwyższanym, najlepiej z dieslem 1,9 i na sprężynach...czyli Santana Samurai ;-) Ceny sensownych egzemplarzy zaczynają się tuż poniżej 10 tyś.
- Jeep CJ7 + Wrangler YJ - prosta konstrukcja, prosty silnik, tylko te mosty...Koniecznie z twardym dachem. A nie, czekaj...;-) Z Jeepów "niestety" tylko tyle mnie rusza, może być nawet koreańska kopia z plastiku - Asia Rocsta albo SsangYong Korando (nie, nie ten mercedesowski), albo japońska od Mitsubishi, albo indyjska Mahindra.
- Land Rover Defender - w przypadku używanych Defenderów już nie jest tak różowo. Raz, że sporo ludzi nie zdaje sobie sprawy z nieco innej konstrukcji (właściwie chodzi o detale...), dwa że poniżej 10tysięcy zwykle są to "auta na części, bez prawa rejestracji".
3. "Dupowóz" na trasę:
- Renault Trafic, najchętniej 4x4 - baaardzo udana konstrukcja, pomijając pewne charakterystyczne dla Trafica awarie i - powiedzmy - niedomagania. W tym momencie zauważyłem, że niby mam sie za motoryzacyjnego frankofila, a jakoś pojazdów znad Sekwany trochę mało...zamiast tego...
- Klasyczny VW LT "ogórek" - niesamowity samochód. Głośny, powolny (z długiej górki udało mi się go rozpędzić do 110km/h!), ale...no właśnie. Ma w sobie tyle jakiejś takiej przyjazności, normalności i przewidywalności. I jeszcze jedno - JAK NIESAMOWICIE SKRĘCA!!!
- VW Transporter T3 - silnik z tyłu, opcjonalny 4x4, konstrukcja z czasów, gdy VW robił proste, niezawodne i łatwonaprawialne samochody. Oczywiście dla "typowego Janusza" T3 to wyjątek - mam na myśli oczywiście układ chłodzenia i "słynny" termostat. Stąd nagminnie przegrzewające się silniki i podskakujące w nich głowice.
- Citroen BX - koniecznie z silnikiem XUD.9. TAK BARDZO CHCĘ! Z całej listy samochodów używanych to chyba jego najbardziej bym chciał mieć jako jedyny w domu. A jakby jeszcze automat! Jeździłbym sobie w tę i z powrotem, bujając się na dziurawych drogach, przy akompaniamencie cykającej co jakiś czas pompy...Pamiętam niesamowite wrażenia z pierwszej przejażdżki takim za kierownicą, bez pasażerów...
Teraz bez limitu cenowego:
4. Klasyk:
- Od niego wszystko się zaczęło, to konstrukcje tej firmy sprawiły, że zacząłem interesować motoryzacją, to on miał być moim pierwszym samochodem...MERCEDES! W115 200D o mało co nie stal się moim pierwszym czterokołowcem (dziś wiem, że bym sobie nie poradził, więc dobrze się stało), to W110 i W120 jako dzieciak zdarzyło mi się jechać jako pasażer taksówki (Warszawą też, ale to insza inszość), dlatego każdy klasyczny mercedes - oprócz wymienionych - W111, zaskakująco już zakwalifikowany jako klasyk przez samego Mercedesa W190, W123, W124, W109...nieważne!
- Citroen DS - #jedynytaki, NAPRAWDĘ jedyny! To jest samochód z lat PIĘĆDZIESIĄTYCH! Już wtedy miał hydrauliczne wspomaganie "wszystkiego", doświetlanie zakrętów, komfort na takim poziomie, który do dziś nieosiągalny jest przez większość producentów. I ten wygląd! Oczywiście pomijam, co Citroen zrobił z takim dziedzictwem współcześnie, ale to nieważne.
- Peugeot 504 - wspominałem, że będąc w Afryce (1996) jechałem takim NOWYM parę razy? Wrażenia jak w W123 z charakterystycznym, dziurkowanym skajem na siedzeniach. I chyba tylko zawieszenie bardziej komfortowe :-)
- Citroen HY - trudno go pomylić z czymkolwiek, charakterystyczny wygląd...tak brzydki, że aż piękny. Gdzie są prawdziwe Citroeny?
5. Dom na kółkach:
Od dłuższego czasu, tj. od kilkunastu lat "chodzi za mną" ten temat. Wziąć nie kampera na dostawczaku , ale solidne podwozie najlepiej ciężarowe lub heavy-duty terenowe...taki Star 266 na przykład (który potrafię prowadzić, ale mi nie wolno), Unimoga, Volvo C303 (lub którakolwiek z podobnych konstrukcji) i do tego małe mieszkanko, gwarantujące pełną mobilność i niezależność (np. Hymer albo Actionmobil). O ile jest Wi-fi :-)
Czy to wyczerpuje temat? nie ma mowy! Ale teraz już wszyscy wiedzą, dlaczego samochody moich marzeń nie mieszczą się w garażu moich marzeń :-)
Przepraszam, że taki długi tekst wyszedł. Jakoś tak...wyszło, samo. Bo miało być krótko i na temat!
P.S. Bez zdjęć, bo zakładam, że czytelnicy wiedzą jak wyglądają wymienione pojazdy.
Słowo się rzekło, dziś głównie fotograficzna relacja z tego, co robiliśmy i co widzieliśmy w ostatni weekend, czyli cztery imprezy w trzy dni. Osoby wrażliwe motoryzacyjne uprzejmie proszę o ostrożne dawkowanie wrażeń!
(takie coś sobie stało to zdjęcie zrobiłem, zapraszam dalej!)
Jeśli w ciągu weekendu zrobiło się jakieś 500 kilometrów oraz nieco większą ilość zdjęć, a na koniec głowa szumi od ilości wrażeń, to chyba można go uznać za udany? W dodatku widziało się/spotkało w odległości metra - półtora osoby znane, czyli GWIAZDY :-). Przygotowując plan działania nie przypuszczaliśmy, że aż tak fajnie spędzimy dwa i pół dnia. Bo do weekendu dobrze się przygotowaliśmy. Najpierw w ciągu tygodnia wybieranie imprez, weryfikowanie informacji w różnych źródłach, a następnie z żelazną konsekwencją trzymanie się planu, rozpoczynając w piątek po południu z samochodem zatankowanym pod korek i odpowiednim nastawieniem by czerpać jak najwięcej z tego co nas czeka. Mieliśmy spędzić ten czas jak najbardziej inaczej niż codzienność. I spędziliśmy.
Lecimy ze szczegółami!
PIĄTEK:
Czyli weekendu początek. Jak tylko wszystkie sprawy, które musimy załatwić/zrobić mieliśmy z głowy, wybraliśmy się na poligon obok osiedla Zawadzkiego, by przyjrzeć się rywalizacji podczas Baja Poland (czytane "Baha Pouland"!!!) rozgrywanego po raz kolejny w Szczecinie. Nic to, że niebo z którego raz po raz lał się deszcz było stalowo-szare i było zwyczajnie ciemno. Wybraliśmy się na Baja i już na samym wejściu natknęliśmy się na kolejkę oczekujących na start, w dodatku na samą śmietankę! Owszem, tragiczna organizacja imprezy (a właściwie jej brak - przykłady poniżej) utrudniały pozytywny odbiór, ale nie uniemożliwiła.
Tego pana po prawej wstyd nie znać jeśli interesuje się sportami samochodowymi; wygrał z resztą prolog, po czym wsiadł do paskudnego nowego Mini na fotel pasażera i odjechał. Kamera po lewej zagląda natomiast do zupy do kabiny Małyszowi :-)
Dąbrowski / Czachor w kolejce (długiej!) do startu:
Tomcat/Wildcat bardzo mi się podoba, więc nie mogło go zabraknąć:
Ponieważ na start nie szło się dopchać, a nawet jakbyśmy się dopchali, to i tak niczego byśmy nie widzieli, postanowiliśmy zainstalować się na finiszu, co było jak najbardziej dobrą decyzją - tego dnia odbywał się bardzo krótki prolog, więc widzieliśmy "w naturalnym środowisku" większość załóg.
Tutaj - Błażusiak / Boulanger:
Komornicki / Górecki:
Beaupre / Lisicki:
Hołowczyc / Panseri. Wygrali cały rajd.
Małysz / Marton:
Dąbrowski / Czachor:
Al-Attiyah / Baumel:
W kolejce do startu oczekiwały na swoją kolej także załogi cięższego sprzętu.
MNIAM!
Po zakończonej pętli zawodnicy wprost z finiszu wyjeżdżali pomiędzy kibiców/oglądaczy i cywilne samochody "gości":
To zdjęcie najlepiej obrazuje "organizację" imprezy...
"Coś nam urwało!"
Pod koniec było już tak ciemno, że trzeba było dodatkowe oświetlenie włączać. A przy okazji wyszło fajne zdjęcie:
Organizatorzy dwoili się i troili, żeby zapanować nad chaosem...
Niektóre maszyny zawodników się wzięły i odmówiły posłuszeństwa
Oczywiście to nie wszystkie zdjęcia, do osobnego miksu wrzucę pojazdy "cywilne", złapane na terenie i przy okazji Baja Poland.
Dziwnym (dla mnie!) znakiem czasów były zasłyszane kilkukrotnie w tłumie widzów zachwyty nad jednym z pojazdów - BMW X6..."łał!", "widziałeś?".
Bosz...
Na osobną uwagę zasługuje postawa "straży miejskiej", która broniła wjazdu na teren rajdu przed samochodami cywilnymi niczym Rosjanie Stalingradu, nie zwracając najmniejszej uwagi PRZEZ TRZY DNI(!!!) na to, że trzy metry od ich stanowiska leży sobie urwana ze słupa tablica z nazwą ulicy!
SOBOTA:
Nie była dobrym dniem; ilość spraw do załatwienia, ilość miejsc w których "trzeba" być przed godziną 14 sprawiła, że na odwiedzenie imprezy odbywającej się na terenie bazy Baja Poland, czyli mini-zlotu zabytkowych pojazdów militarnych mieliśmy bardzo mało czasu (ten kończył się o 15). W dodatku - jak się później okazało - zdjęcia wychodziły słabe lub straszne.
Nie wiem na ile to miało coś wspólnego z tematem, ale swoje namioty wystawiły takie instytucje jak policja, ITD, żandarmeria wojskowa i PZMot. Było też miniaturowe wesołe miasteczko.
Zepsute poprzedniego dnia zostały w bazie. Ten - jeśli dobrze pamiętam - na finiszu był odpalany na pych...odpalił ;-)
Bez wątpienia najciekawszy pojazd na zlocie:
Z czasem telefon zaczął odmawiać posłuszeństwa, i robił coraz gorsze zdjęcia.
Hiszpańskiemu...
...jak i amerykańskiemu żelazu.
Nie odmówiłem sobie przyjemności obfotografowania gigantycznego F-750 :-)
Ależ on jest!
Ekipa zamknęła sprzęt i poszła się ścigać do Drawska...
Sądząc z plakietki (teraz się mówi nowocześnie - "stendu"), pojazd był przygotowany do zwiedzania:
NIEDZIELA:
W niedzielę poszliśmy na całość i cały dzień spędziliśmy w rozjazdach. Na pierwszy ogień poszedł pierwszy zlot pojazdów militarnych organizowany na terenie byłego wojskowego (radzieckiego!) lotniska w Kluczewie. Obecnie w sąsiedztwie stoi sobie i pracuje fabryka Bridgestone, zaś lotnisko otoczone jest...polami kukurydzy. Dojazd do pewnego momentu był banalnie prosty, ale dalej jeśli nie znało się terenu mogło być ciężko, gdyby nie...znakomite oznaczenie drogi:
w prawo:
znów w prawo:
...i w lewo, już na zlot:
Jedno zdjęcie już publikowałem w poprzednim wpisie. Pośród kukurydzy i plastiku parkował sobie przepiękny, pirapicznie-orgamiczny...CITROEN DS!!!
Stałem tak, robiąc jedno zdjęcie za drugim, jednocześnie wydając z siebie nieartykułowane dźwięki typu "brłue, mrdłyu..."
Dobrze, że było mokro - nikt nie widział powiększającej się wokół mnie kałuży moich płynów ustrojowych ;-)
Majestatycznie przemknął w kierunku reszty prawdziwego żelaza...
Na szczęście zawinął się i pojechał, dzięki temu - mimo iż w ciężkim szoku nie tylko estetycznym - mogłem w miarę kontynuować "zlotowanie".
Mina kierowcy "zajebistą mam furę, co nie?" :-)
(Troll mode ON)
Znana mi Nysa, tak z innych zlotów, jak i miejscówki gdzie stacjonuje na codzień, prezentuje najlepsze zastosowanie nowoczesnych Hond :-)
o takie:
Drugie z najlepszych zastosowań znalazłem tuż obok, wewnątrz UAZ-a 452 ;-)
(Troll mode OFF)
Jeszcze trochę radzieckiej techniki wojskowej.
Małej...
...średniej...
...i naprawdę dużej. Choć aktualnie to Ukraina.
Naklejki pasują do żółtych tablic?
Przybłąkał się też Mercedes. Kto wie jaki to model? W136 (dzięki Art!)
Ładny, naprawdę!
Było też coś brytyjskiego hiszpańskiego:
Taki sam, jaki niedawno prezentowałem w ramach wpisów "Wtem!", ale z tym nikt się nie patyczkuje.
Ci nie mieli daleko ;-)
"Jak łazisz! nie widzisz i słyszysz koguta!?" ;-)
Jakieś dziwne Audi ;-)
Jak zwykle na tego typu imprezach, na otwartym terenie stały sobie pojazdy służące do przewozu klientów ;-)
Smakowite ujęcia:
Na placu obok - Opel Astra F...
Wkrótce majestatycznie na plac wjechał PTS, po czym operator z niewątpliwą łatwością zaczął nim wywijać hołubce godne zespołu Mazowsze w wersji XXXL, wzbijając przy tym spore snopy iskier spod gąsienic. Filmik z tych popisów wkrótce wrzucę na YouTube.
Następnie pokazał, do czego najlepiej nadaje się Opel Astra ;-) Wszystko to oczywiście w ramach działań promocyjnych - by zachęcić widzów do wybulenia kilkunastu złotych na ostrą przejażdżkę. Warto jak cholera!
Ponieważ w pewnym momencie nastąpiło dość konkretne oberwanie chmury, postanowiliśmy się ewakuować. Przed nami przecież ostatni punkt weekendu, w dodatku oddalony o sporą ilość kilometrów. Przynajmniej jak na podróż naszym 55-konnych wehikułem :-)
I odlecieliśmy...
...do Deszczna, który przywitał nas pogodą adekwatną do nazwy. Z resztą padało cały czas, czasem tylko słabiej. Poniżej naprawdę skromny widok na GIGANTYCZNY teren imprezy na którą zmierzaliśmy...
...czyli "Święto pieczonego kurczaka". Tak właśnie się to nazywało. Choć tak naprawdę były to zrobione z ogromnym rozmachem...dożynki powiatowe!
I jak to na prawdziwych dożynkach, była lokalna straż pożarna prezentująca swoje pojazdy.
Czy to Daily 4x4?
Skoro TAAAKIE święto, nie sposób było sobie odmówić przyjemności. Pyszny był!
Na głównej scenie wystąpił najpierw zespół disco-polo, który podczas swojego koncertu (chyba przynajmniej śpiewali na żywo?) zgromadził prawdziwy tłum. Zdjęcie niestety nie wyszło, to poniżej ukazuje stan gdy na scenie jeszcze nie było nikogo. Na bocznej po lewej trwały szaleństwa kulinarne, znad których unosił się kolejny słup apetycznego dymu. Nad kucharzami stał kamerzysta, zaś to co filmował leciało na żywo na ekranie po lewej, chyba że trwał koncert. Niedługo po tym widzieliśmy (także z niewielkiej odległości) zespół T.Love, który również tutaj wystąpił. Trzeba było widzieć ich miny ;-)
Na drugiej scenie natomiast prezentowany był program artystyczny skierowany do dzieci. Mimo wysiłków osób występujących, zainteresowanie było umiarkowane. Jak widać...
Na ogromnym placu zlokalizowanych było kilkadziesiąt (a może i więcej) stoisk - sołectw, stowarzyszeń, zespołów, rzemieślników, oraz co najmniej kilkanaście stoisk z wyżerką i popitką. Stężenie ekstremalnie przyjemnych zapachów było krytyczne!!!
Wspominałem już, że widzieliśmy gwiazdy? ;-)
Wiele, naprawdę wiele gmin miało swoje stoiska. Zrobiłem zdjęcia naprawdę nielicznym, a publikuję tylko ułamek z nich.
"Jak zrobię takie abrakadabra nad tymi mirabelkami, to będzie takie dobre kung-fu" :-)
Chyba sobie "Demon75" zamówię!
W jednym rogu zlokalizowany był "kącik" militarny wraz ze sporym i konkretnym torem przeszkód. Podobnie jak na innych tego typu imprezach, za opłatą można było spróbować jako pasażer przetrwać przejażdżkę ;-)
Akurat załapaliśmy się na moment, gdy wszystkie sprzęty były na miejscu...
Niemcy trzymają się razem ;-)
Dopiero co z błota wyjechał!
Na przeciwległym roku terenu, tuż obok sporego wesołego miasteczka, odbywał się zlot pojazdów zabytkowych...
...w tym jednośladów polskiej produkcji. Jak na złość żadne zdjęcie nie wyszło. W regionie mają chyba słabość do czarnych Wołg...dowód będzie w kolejnym miksie :-)
Wśród uczestników znajdował się, przecudnej urody...
...Citroen Dyane!!!
Nie wiem, po prostu nie wiem jak przeżyłem uderzenie cudowności dwóch tak wspaniałych Citroenów jednego dnia.
To wnętrze!
Cała jest doskonała! Nawet nie wiecie jakbym nią jeździł!
Były tez konstrukcje pochodzące od naszych zachodnich sąsiadów, ale nie robiły aż tak dużego wrażenia...
...mimo, iż to naprawdę świetne Mercedesy!
Mercedesy, Mercedesy...i Skody! "Czyżby +Ojciec Baldwin się wziął i wybrał?" zaświtało mi w mózgownicy.
Jednak niestety nie...
(tak, zrobiłem kilka zdjęć Skód z bliska, ale żadne nie wyszło)
Jeszcze trochę Mercedesów:
Wspominałem już, że widzieliśmy gwiazdy z bliska?
Specjalnie dla Was kolejna - w wysokiej rozdzielczości :-)
Uwielbiam to wnętrze!
To też, ale mniej...
Chyba wyglądała lepiej niż nowa. I tylko jedno zdjęcie nadało się do publikacji
Miałem kiedyś takiego! (Mastera, nie Interstara) To zacne żelazo przywiozło zacny towar, a napewno adekwatny do imprezy.
W drodze powrotnej mijaliśmy uczestników Baja...wielu uczestników, to tylko jeden z nich.
Podsumowując:
tak! z własnej, nieprzymuszonej woli pojechaliśmy na dożynki! I mimo, że my miastowe ludzie są, to jedyne czego żałujemy to tego, że trafiła się fatalna pogoda. Z resztą to ona była pierwszym powodem zawinięcia się ze zlotu w Kluczewie, imprezy bardzo obiecującej (pierwsza edycja!) - tym bardziej, że odbywającej się najbliżej ze wszystkich "poważnych" imprez militarnych. Za rok...trzeba będzie to powtórzyć - i mam na myśli cały zestaw. Zlot w Kluczewie odbędzie się drugi raz, zaś już na dzień dzisiejszy organizatorzy dożynek w Deszcznie zapowiadają jeszcze więcej atrakcji na przyszły rok! Pozostaje otwarta kwestia lokalnych imprez...
To był udany weekend!
P.S. Do Legnicy mamy ochotę pojechać i potrolować zlot Skód naszym toczydełkiem. Tylko daleko...