To uczucie, gdy rano w hotelowej restauracji jesz śniadanie stolik obok zespołu, który ostatniej nocy podczas festiwalu rockowego zagrał taki zajebisty koncert, że wyrwało Cię z butów, a podczas całego wykonu bujałeś się jak debil, darłeś ryja i machałeś w kierunku sceny łapami.
A śniadanie jest smaczne.
Ponad 600 kilometrów, jedenasta edycja, pięć zespołów, jeden wieczór, jeden amfiteatr, i jedna siąpawica (trudne słowo), słowem - Ino-Rock 2018. Byliśmy, słuchaliśmy, a nawet co nieco nagraliśmy dla potomnych. Dzisiaj pozwolę sobie podzielić się z Wami wrażeniami z tej imprezy.
Przede wszystkim ponownie ogromne słowa uznania dla organizatorów - wszystko działało jak w zegarku, zmiany wyposażenia na scenie trwały kilka minut, brzmiało doskonale. Nie zapomniano o zapleczu - Toi-toie, bieżąca woda, bus z bufetem gastronomicznym (pyszny kebab!), plus stoisko z piwem i innymi napojami. Jak co roku zapomniano o jakimkolwiek oznaczeniu wejścia, ale to szczegół.
W zeszłym roku nie udało nam się wybrać z wielu dziwnych powodów. W tym nie było bata. Jedziemy!
Po zapowiedzianych wykonawcach spodziewaliśmy się - powiedzmy - niedoboru ekspresji rockowej, i...nie rozczarowaliśmy się, choć momentami przydałby się "kop". A teraz do tak zwanej rzeczy.
Jakby dobrze poszukać, w kolekcji moich płyt dość szybko uda się znaleźć jeden album Hipgnosis. Niezłe, charakterystyczne brzmienie, przekombinowane kompozycje, irytujący wokal - jak na płycie tak i na koncercie - może coś przekąsimy? Na szczęście zespół nie szczędził nam momentów mocno śmiechowych, jak na filmiku poniżej. Coś mi się jednak zdaje, że oni to na poważnie.
Wspominałem już, że Amarok wydał album roku 2017? Nie mogę sobie tylko przypomnieć, czemu podczas festiwalu nie kupiłem sobie ich t-szirta. "Zespół bez basu" dał radę na żywo, co było także widać pod sceną. Oczywiście absencja Mariusza Dudy na wokalu mocno dała się we znaki, ale nie będę się czepiać. Szkoda, bardzo szkoda, że grali tak krótko - ledwo zdążyli stworzyć nieco ambientową, odjechaną atmosferę, a już musieli kończyć. Trudno, taki urok Ino-Rocka. Dla mnie była to druga co do wielkości gwiazda tego dnia.
Kolejnym wykonawcą był Bjørn Riis z zespołem, czyli drugi głos i gitara zespołu Airbag, tego z Norwegii. Mało tego - na bębnach pogrywał perkusista tegoż. Jeśli ktoś spodziewał się powiewu świeżości, usłyszenia co naprawdę w duszy facetowi gra - musiał poczuć się zawiedziony. Nie, żeby wykonanie nie stało na wysokim poziomie, ale...ileż można "na jedno kopyto". I żeby nie było - lubię Airbag. Wyjątkiem był utwór "Where are you now", podczas zapowiedzi którego zaczęło padać.
Jakby tego było mało - grali z półplaybacku.
Podobno połowa publiczności czekała/przybyła specjalnie na ten koncert. Soup, bo o nim mowa, przyjechał do Inowrocławia z...tak, zgadliście, Norwegii. Bez wątpienia to nasze (z Wybranką) rozczarowanie tego wieczoru; żeby nie było - wcześniej nie słyszeliśmy ich muzyki. Zaczęli jak na filmiku poniżej. Napięcie narastało, zespół budował frapującą ścianę dźwięku, już spodziewaliśmy się solidnego muzycznego kopa w twarz, a tu nic. Później było tylko gorzej. Jeśli mnie pamięć nie myli zagrali dwa utwory w stylu "Sigur Ros plays Pink Floyd", a następny brzmiał jak klawisze z "Echoes" dołożone do "One of These Days", może trochę "Run Like Hell", tylko grane dużo wolniej. Na prawie sam koniec postanowili poplagiatować King Crimson - na "Epitaph" nałożyli fragmenty "Starless". Ponieważ wszystko się zgadzało, z Wybranką nuciliśmy sobie pod nosami "Confusion will be my epitaph...". Końcówkę występu woleliśmy poświęcić na konsumpcję. Po prostu przynudzali. Tak smętnie.
Jako ostatni wyszli na scenę Gazpacho. Zagrali na niesamowitym luzie, przy okazji udowadniając trzy rzeczy - że w pełni zasługują na status gwiazdy, że przez ostatnie 20 lat (mniej więcej tyle działają) nic a nic nie rozwinęli swojego stylu, a po trzecie ich najlepszym albumem jest Tick Tock. Moim ulubionym też. Ciekawostka, że scena nie była zagracona nagłośnieniem - instrumenty były podłączone w podłogę, DI i do dźwiękowca. Nie mam pojęcia czy ma to coś wspólnego z tym faktem, że ich występ był najgłośniejszy, przy okazji nie tracąc nic z brzmienia i czytelności.
Na koniec bis i...do zobaczenia za rok, bo nie wyobrażam sobie, że odpuścimy.
Nowy miesiąc - nowy wpis, dziś z dużą ilością żelaza z trzech krajów, wrażeniami pokoncertowymi oraz herezjami, znaczy moimi opiniami i obserwacjami. Ponieważ nie ma sensu sztucznie pompować wstępu, dlatego przejdźmy od razu do konkretów.
1. Żelazo
Oczywiście, jak każdy (od jakiegoś czasu) miks tutaj, zacznę od kącika szczecińsko - czarnotablicowego:
...i reszta tego, co się udało się ustrzelić w Szczecinie:
zgadza się - Z1 Egon jakiś rok temu został złapany w Warszawie (!!!)
tutaj potwierdza tezę, że najlepsze fury są pod Lidlem ;-)
na potencjalnych klientów w pewnym komisie czeka czarne Volvo:
Szczecin też ma swojego Gargamela! ;-)
spłonione Porsche...
Krul, także ten. #suchar
i co zrobisz jak nic nie zrobisz?
przestali go robić, nim zdążyłem być wystarczająco bogaty na nowego, i już.
specjalnie dla wiadomokogo.
Tymczasem w Inowrocławiu (do którego jeszcze wrócę), oraz po drodze do i z niego:
W samym Inowrocławiu obeszliśmy z Wybranką jakieś 3 ulice w pobliżu Świętokrzyskiej 107.
bo to przecież normalny widok na parkingu pod centrum handlowym (dla ludziów pokroju prestiż madafaka tedeik - galerią)
mniej-więcej naprzeciwko wejścia na teren festiwalu:
i w pełnej okazałości:
zaś na pobliskim osiedlu:
tego nawet nie wiem jak skomentować:
w centrum Wałcza:
niestety nie bardzo mogliśmy się zatrzymać:
Ciężko powiedzieć, czy to oryginał czy samoróba:
taki drobny majndfak. W Zachodniopomorskiem
jakby ktoś pytał: za Żukiem stoi Star 266
Tymczasem w Danii...
Phi! plastik! ;-)
Dziwne miejsce. Jakieś stare traktory, przyczepy, a w środku "salonu":
Pikapy są stworzone do pracy!
Save Saab. A nie, czekaj...
szkoda, że skręcałem w lewo:
Poprzednim razem stał jeden:
Duńczycy strasznie się przejmują prestiżem. Jak widać:
Kolejne brytolskie żelazo:
Chyba sąsiedzi go nie lubią. Ja bym jeździł!
Tymczasem w Szwecji...
a dokładniej na jakichś 30-40 metrach
Gdzie indziej w Szwecji polski akcent, czyli Jaris na (niepłonącym) Solarisie:
Może tego nie widać, ale tym pojazdem jeździła sobie po Europie rodzinka 3-osobowa.
Tak, to kamper.
2. Czas na muzykę!
Tak jak zapowiedziałem, tak zrobiliśmy. Zaczęło się oczywiście od biletów:
Na bramie wejściowej - taki trochę dysonans...?
Rozpoczął zespół State Urge - skromni, zdolni, dobrze brzmiący i niewiele śpiewający. Bardzo mnie się spodobało co i jak grali.
Jakbym się miał czepiać, to tylko sprzętu basisty - ten precel, owszem był dobrze słyszalny, ale jak dla mnie średnio pasował do stylistyki zespołu; IMHO bardziej sprawdziłoby się jakieś nowoczesne brzmienie. Użyty w dwóch kawałkach fretless nie był dla odmiany prawie wcale słyszalny, a szkoda.
Czy trzeba przypominać, kto był gwiazdą tego dnia?
"ja tu byłem" ;-)
W międzyczasie na scenie pojawił się taki "nowoczesny zestawik basisty za wagonik pieniędzy":
A później zaczęli grać. Ten bas żarł, po prostu ŻARŁ tak, że "aż cycki urywało". Reszta instrumentów tez brzmiała znakomicie, obsługiwana przez operatorów którzy wiedzieli co z nimi robić. Niestety, efekt psuł wokalista, który w momentach gdy wchodził na scenę i otwierał paszczę, celem wydobywania dźwięków, wolał swój głos modulować w irytujący sposób, przypominający sposób śpiewania wyjca któremu "jest ciemno" i tego drugiego, co "spada".
Wspominałem już, że muzycznie zespół pierwsza klasa?
Nie widział tabliczki!? ;-)
Po nich na scenie pojawił się Motorpsycho. Grali głośno, przeważnie szybko i z mięchem. Ten zestaw lampek robił to, co do niego należało! Szkoda tylko, że ich granie średnio pasowało do klimatu muzycznego imprezy.
Niestety, nie obyło się bez awarii - dwa razy nawaliły im przody, kiedy indziej całkiem zamilkli. Na szczęście impreza była obsługiwana przez nieprawdopodobnie ogarniętą ekipę techniczną, która cały czas czuwała i jakiekolwiek zgrzyty usuwała w szybkim tempie, a zwykle jeszcze zanim coś się wydarzyło. I tak podczas całej imprezy.
Pod koniec wykonu Motorpsycho zrobiło się już ciemno - odpowiedni klimat na MOJĄ gwiazdę wieczoru. Techniczni wtoczyli kolejny zestaw sprzętu:
Już jest dobrze; późniejsze doznania słuchowe tylko to potwierdziły.
(ale ja lubię brzmienie EBS !)
Mistrz postanowił podłogę zainstalować sobie sam...
...i jako jeden z nielicznych poświęcił kilka minut na strojenie, rozgrzewkę i ustawienie gałkologii:
Widok i brzmienie Colina Edwina, napitalajacego kostką z "zamachem zza głowy" po fretlesie - bezcenne!!!
Naturalnie zagrali głownie materiał z ostatniej płyty Tima Bownessa, ale nie zabrakło fantastycznych, sporo różniących się od wersji albumowych wykonań kawałków z repertuaru No-Man'a: "All the blue changes", "Housewives hooked on heroin" i "Time travel in Texas".
Cały koncert wykonali z ogromnym luzem, Bowness co jakiś czas wtrącał czerstwe żarciki, a jedną piosenkę zupełnie popierniczył - śpiewał inną niż grała reszta zespołu.
"co za publiczność! odstawiają owacje na stojąco przed outrem! oni nie znają moich piosenek!" ;-)
(tak było!)
Stojąc na wprost stanowiska Mojego Ulubionego Basisty (praktycznie w pierwszym rzędzie), zauważyłem dziwną rzecz: dźwięk docierający do moich uszu z zestawu EBS był czysty i żywy (mimo, że Spector z EMG MMTW), natomiast "przody" wydobywały z głośników jakiś dziwny przester w niskich częstotliwościach. Ale OCZYWIŚCIE się nie znam.
P.S. Zapowiadanego Teo Travisa nie było.
Po nich na scenie pojawił się Fish z zespołem. Niestety, po pierwszych kilku minutach musieliśmy się - ze względów obiektywnych - ewakuować. Ale nic straconego - w listopadzie będzie w Szczecinie!
Taka tylko ciekawostka - basista Fisha porzucił olejowanego Warwicka na rzecz...czerwonego Spectora Euro 5!
BTW: aktualnie średnio intensywnie poszukuję celem zakupu! (ale tylko 4 strunowego), ewentualnie coś podobnego charakterem.
TAK BYŁO!
(niestety, aparacik nie umie nagrywać w lepszej jakości):
W przyszłym roku też musimy się wybrać!
I jeszcze na koniec tylko tak dorzucę kilka luźnych refleksji:
1. Po w/w koncertach doszedłem do wniosku, że w idealnym świecie, to znaczy między innymi takim, w którym umiem choć średnio grac na basie, potrzebowałbym tylko dwa instrumenty: F Bassa i fretlesa.
2. Zdarzyło się ostatnio, że nabyte drogą kupna CZTERY płyty podczas ripowania nie zostały odnalezione w CDDB. Mało tego - dwóch z nich nie ma nawet w Last.fm Fingerprint! (czasem posiłkuję się Banshee). Do tej pory nie wydawało mnie się, że muzycznie to aż taka egzotyka - chyba trudno uznać za takową wykonawców około-Wilsonowych, w tym pewną supergrupę z pewnym słynnym fretlessem. Bo jeśli się mylę, to czy nagle stałem się jakimś cholernym muzycznym hipsterem? ;-)